Nie zastanawiałam się ani chwili.
Serce biło mi tak mocno, że miałam wrażenie, jakby było słychać je w całym domu.
„Gdzie jest klucz do bramy?” – wyszeptałam.
Matei pokręcił przecząco głową.
„Zawsze go nosi przy sobie”.
Przez chwilę zakręciło mi się w głowie. Utknęliśmy. W odosobnionym domu. Bez zasięgu. Z historią, która straciła sens.
I z dzieckiem, które wcale nie było tym, kim się wydawało.
„Musi być jakieś inne wyjście” – powiedziałam, starając się mówić spokojnie.
Matei delikatnie pociągnęła mnie w stronę korytarza.
„Chodź”.
Przeszliśmy razem przez dom, każdy krok powoli, ostrożnie. Podłoga lekko skrzypiała pod nami. Ten dźwięk z wcześniej… znów dał się słyszeć. Coś jakby stłumione uderzenie, dochodzące z dołu.
Zamarłam.
„Co tam?” – zapytałam.
Matei z trudem przełknął ślinę.
„Nie wiem dokładnie… ale to nie pierwszy raz, kiedy to słyszę”.
Dreszcz mnie przeszedł.
Dotarłem do drzwi piwnicy.
Były zamknięte.
Rzeczywiście.
Spróbowałem na klamkę.
Nie drgnęły.
Dźwięk rozległ się ponownie. Wyraźniejszy. Jakby ktoś zapukał lekko, bez użycia siły.
Zaparło mi dech w piersiach.
„Ktoś tam jest” – powiedziałem.
Matei cofnął się o krok.
„Nie otwieraj”.
Ale nie mogłem się już wycofać.
Rozejrzałem się i znalazłem nóż kuchenny na małym stoliku. Wsunąłem go między drzwi a framugę i spróbowałem go otworzyć.
Po kilku sekundach rozległo się ciche kliknięcie.
Drzwi się otworzyły.
Z piwnicy dochodził ciężki, stęchły zapach.
Powoli zszedłem na dół.
Ciemność.
Włączyłem latarkę w telefonie.
I wtedy zobaczyłem.
Kobietę.
Siedziała na podłodze, oparta o ścianę, słaba, z szeroko otwartymi, zmęczonymi oczami.
Mrugała szybko, gdy światło padło na jej twarz.
„Proszę…” wyszeptała.
Poczułem gęsią skórkę.
„Kim jesteś?” zapytałem.
„Jego żoną…” powiedziała ledwo słyszalnie.
Wszystko we mnie pękło.
„Ale… on powiedział, że…”
„Że umarłam?” dodała z gorzkim uśmiechem. „To nie pierwsza historia”.
Matei zaczęła drżeć obok mnie.
„Zatrzymaj tu ludzi” powiedziała cicho. „A potem zniknij. I… nikt nic więcej nie wie”.
Czułem, jak nogi mnie tną.
Prawda była o wiele gorsza, niż sobie wyobrażałem.
„Musimy iść” powiedziałem stanowczo.
Pomogłem jej wstać. Była słaba, ale mogła chodzić.
Matei podeszła do nas.
„Znam drogę” – powiedział. „Tam, z tyłu”.
Szybko wyszliśmy z piwnicy i poszliśmy do kuchni, a potem do małych drzwi z tyłu domu, których wcześniej nawet nie zauważyłem.
Były stare.
Pchnąłem je.
Otworzyły się.
Zimne powietrze z zewnątrz uderzyło nas w twarz.
Wyszliśmy na zewnątrz.
Zaczęliśmy biec.
Ziemia była miękka, a mokra trawa spowalniała nas, ale się nie zatrzymaliśmy.
Po kilku minutach dotarliśmy do głównej drogi.
Przejeżdżał obok sąsiad.
Wyszedłem przed niego, a on gwałtownie zahamował.
„Co się stało?” – zapytał przestraszony.
„Zadzwoń na policję” – powiedziałem, nie mogąc normalnie oddychać.
Po tym wszystko potoczyło się szybko.
Przyjechała policja.
Karetka.
Pytania.
Wyjaśnienia.
Przeszukano dom.
Piwnica nie była jedyną tajemnicą.
Tej nocy prawda wyszła na jaw.
Radu nie był tym, za kogo go uważałem.
Nigdy nim nie był.
Matei nie był chory.
Był po prostu dzieckiem, które przeżyło.
A ja…
Wyszedłem stamtąd, nie oglądając się za siebie.
Bo czasami najtrudniej jest nie odkryć prawdy…
Zaakceptować, że mieszkało się obok niego… nie widząc go.