Kiedy Aurel skończył, zostawił łyżkę na stole.
— Jutro. Śniadanie o 7.
— Tak, proszę pana.
— I użyj małej łyżeczki.
Reklamy
Maria wyszła na korytarz, nie zmieniając wyrazu twarzy. Dopiero gdy była już daleko od jadalni, oparła się o ścianę i wzięła głęboki oddech.
Pani Elena obserwowała ją z kuchni wilgotnymi oczami.
Bo wiedziała coś, czego Maria wciąż nie rozumiała: przez sześć miesięcy pan Aurel Munteanu również następnego dnia nie poprosił nikogo o gotowanie.
Następnego dnia, o 6:40 rano, Maria była już w kuchni.
W domu panowała cisza, ale w tej ciszy nie było nic spokojnego. Wyglądała na taką, w której ludzie szepczą ze strachu.
Matei opierał się o drzwi ze skrzyżowanymi ramionami i uważnie jej się przyglądał.
— Wiesz, że nikt tu długo nie wytrzymuje, prawda? — powiedział.
Maria smarowała masłem kromki chleba.
— Nie dotrwałem do końca. Przyszedłem do pracy.
— Nie rozumiesz. Ludzie albo odchodzą sami… albo znikają.
Maria mu nie odpowiedziała.
Wstawiła mleko na powolny ogień i wbiła dwa jajka na mały rondel.
— A dlaczego ty tu jeszcze jesteś? — zapytała, nie patrząc na niego.
Matei milczał przez kilka sekund.
— Bo pewnego dnia pan Aurel uratował mi życie.
Maria na chwilę zamilkła.
— A teraz?
— Teraz nie wiem, czy żyjemy… czy tylko patrzymy na jego śmierć.
O umówionej porze Aurel wszedł do salonu.
Był blady.
Miała głębokie cienie pod oczami i szła powoli, ale po raz pierwszy od wielu miesięcy w domu unosił się zapach prawdziwego jedzenia.
Maria przygotowała dla niej jajka na miękko, tosty i herbatę miętową.
Wciąż z małą łyżeczką.
Aurel usiadł bez słowa.
Skosztował.
Potem jeszcze raz.
Pani Elena patrzyła z korytarza, jakby była świadkiem cudu.
— Jak to robisz? — zapytał nagle Aurel.
Maria podniosła wzrok.
— Jak to robię?
— Jak to robisz, że nie boli?
Dziewczyna milczała przez kilka sekund.
— Czasami ludzie nie chorują tylko z powodu żołądka.
Matei prawie zbladł.
Nikt tak nie rozmawiał z Aurelem Munteanu.
Ale mężczyzna się nie zdenerwował.
Wręcz przeciwnie.
Kontynuował powolny posiłek.
— Wszyscy lekarze mówią mi, że to stres.
— A ty co o tym myślisz?
Aurel zaśmiał się krótko.
Zmęczonym śmiechem.
— Chyba zrobiłam za dużo złych rzeczy, żebym mogła spać spokojnie.
Maria spuściła wzrok.
— Mama mawiała, że ludzie nie niszczą się od razu. Popadają w ruinę krok po kroku… aż ani pieniądze, ani władza nie są już w stanie ich uratować.
W salonie zapadła całkowita cisza.
Ale Aurel nie wydawał się zły.
Wydawał się… pusty.
W ciągu następnych dni coś się zmieniło w willi.
Aurel zaczął jeść.
Trochę.
A potem coraz więcej.
Płatki rano.
Zupa na obiad.
Prosty gulasz wieczorem.
Żadnych drogich dań.
Żadnych wyszukanych sosów.
Tylko jedzenie, które przypominało mi dom.
I po raz pierwszy od bardzo dawna domownicy usłyszeli, jak mówi „dziękuję”.
Pewnego deszczowego wieczoru Maria sprzątała ze stołu, gdy zauważyła coś dziwnego.
Aurel siedział sam w biurze, patrząc na stare zdjęcie.
Trzymał w ręku szklankę, ale jeszcze z niej nie pił.
Maria powoli podeszła.
Na zdjęciu była prosta kobieta, z włosami związanymi w chustkę, trzymająca w ramionach chudego chłopca.
Aurel.
— Moja matka — powiedział, nie podnosząc wzroku. Zmarła, kiedy miałem 14 lat.
Maria nic nie powiedziała.
— Gotowała najlepszą zupę na świecie. Z lubczykiem i kluseczkami.
Jej głos drżał.
— Po jej śmierci… Zacząłem nienawidzić głodu. I biedy. I wszystkiego, co przypominało mi dzieciństwo.
Maria powoli usiadła na krześle przed nim.
— Nie nienawidzisz biedy. Nienawidzisz bólu, który wtedy czułeś.
Aurel spojrzał na nią.
Po raz pierwszy nie wyglądał już jak mafia, która wstrząsnęła miastem.
Wyglądał po prostu jak bardzo zmęczony człowiek.
— Myślisz, że ludzie tacy jak ja mogą się jeszcze zmienić?
Maria uśmiechnęła się smutno.
— Nie wiem. Ale myślę, że każdy, kto wciąż potrafi płakać… nie jest całkiem stracony.
W tym momencie rozległ się głośny huk w bramie willi.
Przybiegł Matei.
— Panie Aurel… mamy problemy.
— Co się stało?
— Przyjechali ludzie Cezara Dobrego.
Aurel natychmiast wstał.
Wszelka łagodność zniknęła z jego spojrzenia.
— Ile?
— Przynajmniej dziesięć samochodów.
Maria poczuła, jak krew w żyłach jej gęstnieje.
Matei wyciągnął pistolet.
Ochroniarze już biegli korytarzami.
Ale zanim wyszedł z biura, Aurel zwrócił się do Marii.
I po raz pierwszy w życiu w jego głosie słychać było strach.
— Zostań tutaj. Jeśli coś się stanie… idź do spiżarni w kuchni i zamknij drzwi.
— Kim są ci ludzie? — zapytała Maria.
Aurel odpowiedział, nie patrząc na nią:
— Duchy mojej przeszłości.
Potem wyszedł na korytarz.
Kilka sekund później na dziedzińcu willi rozległy się pierwsze strzały.