Pierwsze pukanie do drzwi było bardziej teatralne niż natarczywe. Drugie było nerwowe. Przy trzecim drewno ustąpiło.
Czekałem.
Radu wszedł pierwszy, z uniesioną maczugą, przekonany, że widzi przestraszoną staruszkę. Komisarz Munteanu ruszył za nim, z bronią w zasięgu wzroku, ale jego wzrok był bardziej skupiony na zegarku niż na mnie.
„Gdzie jest dziecko?” – krzyknął Radu.
Wstałem powoli.
„Powoli, Radu. Sąsiedzi się boją o tej porze”.
Zaśmiał się i zrobił krok w moją stronę. To był ostatni błąd.
W niecałe dwie sekundy pistolet był w mojej dłoni, wycelowany prosto w jego kolano. Strzeliłem.
Jego krzyk wypełnił dom. Maczuga upadła. Munteanu zamarł.
„Odłóż broń” – wyjąkał.
„Ty ją odłóż” – powiedziałem mu. „Wiem dokładnie, ile masz naboi i kto za nie zapłacił”.
Munteanu odłożył broń. Pocił się.
„Zadzwoń po karetkę” – powiedziałam. „A potem zadzwoń do Bukaresztu. Powiedz im moje imię”.
Kiedy powiedział „Maria Vance”, jego głos ucichł.
O wschodzie słońca podwórko było pełne. Nie syrenami dla mnie, ale dla niego. Technicy kryminalistyczni schodzili do piwnicy Radu. Dywan został znaleziony. I matka Leo.
Dla niej było za późno. Ale nie dla dziecka.
Radu był przykuty kajdankami do noszy, krzycząc, że zwariowałam, że porwałam dziecko. Nikt go już nie słuchał.
Leo wyszedł z bezpiecznego pokoju i przytulił się do mnie.
„Jesteś gotowa?” – zapytał.
Przytuliłam go do piersi.
„Tak, kochanie. Jest już gotowe”.
Kilka miesięcy później siedziałam z nim na ławce przed domem. Miał nowy plecak, znowu się śmiał. Sąd przyznał mi opiekę. Ludzie we wsi przywitali mnie inaczej. Z szacunkiem.
I wróciłem do wioski.
Ale nie dlatego, że byłem słaby.
Ale dlatego, że nie było już potrzeby walczyć.