— Radu… — powiedziała Sofia z wahaniem — czy mogę cię przytulić?
Pytanie go zaskoczyło. Skinął głową. Dziewczyna mocno go przytuliła, bez pośpiechu. Potem Irina.
— Dziękuję. Za wszystko.
Radu kontynuował z ciężkim, ale dziwnie ciepłym sercem. Wrócił do domu późno. Ana spała, z torbą szkolną przy łóżku. Pocałował ją w czoło i długo tam stał, patrząc na nią.
Następny dzień minął jak mgła. Trzeciego dnia sala rozpraw była zimna i zatłoczona. Była żona stała wyprostowana, a obok niej jej prawnik. Radu załamał ręce. Miał cienką teczkę. Ona grubą.
Sędzia wszedł.
Kiedy podniósł wzrok, Radu poczuł, jak zapiera mu dech w piersiach.
To był ojciec dziewcząt.
Sędzia Mihai Dumitrescu.
Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy. Żadnej reakcji. Tylko powolne mrugnięcie.
Rozprawa się rozpoczęła. Adwokaci. Kłótnie. Pieniądze. Stabilność. Napięty grafik.
— Panie Ionescu — powiedział sędzia — dlaczego uważa pan, że zasługuje pan na opiekę?
Radu wstał. Jego głos drżał.
— Bo jestem. Bo odwożę ją do szkoły. Bo czytam jej wieczorami, mimo że jestem wyczerpany. Bo kiedy pada deszcz i się boi, jestem przy niej. Nie jestem bogaty. Ale jestem ojcem.
Sędzia milczał przez długi czas.
Potem powiedział:
— Mam dwie córki. Myślałem, że jeśli dam im wszystko, to wystarczy. Pewnej nocy dwie różne osoby pokazały mi, jak bardzo się myliłem.
Zastukał młotkiem.
— Opieka pozostaje po stronie ojca.
Radu poczuł, że miękną mu nogi.
Na sali sądowej Sofia i Irina siedziały w ostatnim rzędzie.
Sędzia spojrzał na nie. Potem na Radu.
— Czasami prawo widzi to, czego nie da się kupić za pieniądze.
Ana wpadła mu w ramiona.
I tego wieczoru cztery osoby jadły razem przy małym stole.
Bez telefonów.
Bez pośpiechu.
Tylko obecność.
I miłość.