Po zakończeniu rozmowy Lucia pozostała skulona w szafie, z telefonem przyciśniętym do piersi.
Na zewnątrz willa wydawała się zbyt duża i zbyt cicha.
Słychać było tylko deszcz i odgłosy kroków ochroniarzy na korytarzu.
Starała się nie płakać.
Reklamy
Stefan zawsze jej powtarzał, że kiedy się boisz, musisz oddychać powoli i myśleć.
Ale miała zaledwie siedem lat.
I była sama.
W Madrycie Stefan przestał patrzeć na miasto.
W ciągu kilku sekund stał się innym człowiekiem.
Spokojny, elegancki mężczyzna, za którym podążali dziennikarze i prawnicy, zniknął.
Wyjął z szuflady inny telefon i wybrał jeden numer.
— Przyprowadź samolot — powiedział krótko. Wylatujemy za trzydzieści minut.
— Szefie, hiszpańska policja —
— Nie jestem zainteresowany.
Jego głos był tak zimny, że mężczyzna po drugiej stronie linii nie zadał już więcej pytań.
W niecałą godzinę czarny samochód wiózł go na prywatne lotnisko w pobliżu Madrytu.
Stefan wpatrywał się w ciemność na zewnątrz bez mrugnięcia okiem.
Musiał dotrzeć przed świtem.
Po raz pierwszy od wielu lat nie bał się pieniędzy, procesów sądowych ani wolności.
Obawiał się, że będzie za późno.
W willi Lucia podskoczyła, gdy ktoś zapukał do drzwi.
„Lucia?” Otwórz.
To był głos Renaty.
Delikatny.
Fałszywy.
Lucia nie odpowiedziała.
„Wiem, że nie śpisz, kochanie”.
Dziewczynka przygryzła wargę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Klamka poruszyła się powoli.
Ale drzwi były zamknięte.
Po kilku sekundach ciszy Renata odezwała się ponownie.
— Jutro jedziesz do bardzo pięknego miejsca. Będziesz miała ludzi, którzy się tobą zaopiekują.
Lucia zamknęła oczy.
Wiedziała już, że ta kobieta kłamie, nawet gdy mówiła cicho.
Kroki w końcu ucichły.
Ale Lucia nie wyszła z szafy.
Zasnęła tam nad ranem, trzymając telefon w ramionach.
Kiedy się obudziła, na zewnątrz było jasno.
A ktoś krzyczał w domu.
Głos Renaty.
Zły.
Lucia powoli otworzyła drzwi do pokoju.
Wtedy go usłyszała.
— Gdzie on jest?
Głos Stefana.
Niski.
Niebezpieczny.
Dziewczynka bez namysłu rzuciła się biegiem w dół korytarza.
Znalazła go w salonie, wciąż ubranego w czarny strój podróżny.
Miał długą brodę, a oczy miał zaczerwienione ze zmęczenia.
Ale w chwili, gdy ją zobaczył, cała jego twarz zadrżała.
Lucia rzuciła mu się prosto w ramiona.
Stefan przytulił ją mocno, niemal rozpaczliwie.
— Jestem tutaj, wymamrotał. Jestem tutaj.
Renata starała się ją uspokoić.
— Stefan, mogę wyjaśnić—
Nawet na nią nie spojrzał.
— Gdzie jest Marius?
Po raz pierwszy Renata wydawała się niepewna.
— Nie wiem, o czym mówisz.
Stefan powoli spojrzał na jednego ze swoich ludzi.
— Przyprowadź go.
Dwie minuty później Marius był wpychany do salonu przez dwóch ochroniarzy.
Blady.
Pocący się.
Drżący.
— Zrobiła wszystko! — wyrzucił z siebie natychmiast. Właśnie wykonałem transfery!
Renata spojrzała na niego zszokowana.
— Ty draniu—
— Zamknij się, powiedział Stefan.
Dosyć tego.
Ale cały pokój zamarł.
Stefan powoli podszedł do Renaty.
— Chciałeś ukraść mi pieniądze… Ja bym się tym zajął.
Jeszcze jeden krok.
— Ale dotknąłeś mojego dziecka.
Renata instynktownie cofnęła się o krok.
— Stefan, ja tylko próbowałam…
— Sprzedać ją?
Kobieta zamilkła.
Lucia poczuła, jak ramię Stefana zaciska się na niej.
Nie krzyczał.
Nie uderzył.
Właśnie to było przerażające.
Bo mężczyzna, który tracił panowanie nad sobą, był mniej niebezpieczny niż ten, który je utrzymywał.
Stefan wyjął telefon i wybrał inny numer.
— Komisarzu Preda? Dzień dobry. Mam w domu kilka osób, które trzeba aresztować, zanim znikną z kraju.
Renata zbladła.
— Nie możesz tego zrobić.
W końcu Stefan się uśmiechnął.
Ale to był zimny uśmiech.
— Renata… Mogę zrobić prawie wszystko.
Dwie godziny później policja opuszczała willę z Renatą i Mariusem skutymi kajdankami.
Dziennikarze już zbierali się przy bramie.
Lucia siedziała na tylnym tarasie, owinięta w koc.
Stefan podszedł i usiadł obok niej.
Przez chwilę nic nie mówili.
Potem podał jej kubek gorącej herbaty.
Jak zawsze.
— Bałam się, tato — wyszeptała.
Na sekundę zamknął oczy.
— Ja też.
Lucia spojrzała na niego uważnie.
— Wyjdziesz?
Stefan spojrzał w stronę ogrodu, gdzie deszcz w końcu zaczął przestawać padać.
— Nie na długo — powiedział cicho. — I nigdy bez ciebie.
Dziewczynka przytuliła się do niego.
I po raz pierwszy od wielu miesięcy ta ogromna rezydencja nie była już zimna.