Atmosfera na tarasie zdawała się zastygnąć w bezruchu, jakby czas zamarł w miejscu.
Lilia stała nieruchomo, z zaciśniętymi ramionami i wzrokiem utkwionym w ziemię, czując ciężar wszystkich spojrzeń napierających na nią ze wszystkich stron. Nie miała już odwagi, by się bronić, ani siły, by stanąć o własnych siłach. W głowie krążyła jej tylko jedna myśl: niech ta chwila minie, bez względu na wszystko.
Ze środka tłumu Eugen bez pośpiechu ruszył naprzód. Ludzie instynktownie rozstąpili się, jakby jego obecność zmieniała gęstość powietrza. Kiedy do niej dotarł, wyciągnął rękę.
— Wstań. Chodź.
Jego głos nie był ani ciepły, ani zimny, lecz stabilny, niewzruszony. Lilia zawahała się przez chwilę, po czym włożyła dłoń w jego dłoń. Uścisk był mocny, ale zdecydowany i po raz pierwszy tego wieczoru poczuła, że już nie upada.
— Kto ją popchnął? — zapytał krótko, nie odrywając od niej wzroku.
Bogdan próbował się roześmiać, wymuszony, wzruszając ramionami.
— Przesadzasz, serio… to była zwykła wycieczka. Wiesz, ta dziewczyna jest trochę rozkojarzona.
Eugeniusz powoli odwrócił wzrok w jego stronę. Cisza, która nastąpiła, była cięższa niż jakakolwiek groźba.
— Dotknąłeś jej? — zapytał.
Bogdan otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale kobieta w tłumie zrobiła krok naprzód.
— Popchnęła go. Widziałem wszystko. I potem się roześmiał.
Wśród gości natychmiast rozległ się szmer. Uśmiechy zniknęły, telefony opadły, a atmosfera nagle stała się niezręczna.
Eugeniusz wykonał krótki gest w stronę menedżera, który podszedł wyraźnie spięty.
— Ile dziewczyna dostanie za dzisiejszy wieczór?
— Około dwustu lei… — odpowiedział, unikając jej wzroku.
Eugeniusz ponownie spojrzał na Lilię, która wciąż drżała.
— Od dziś już tu nie pracujesz.
Na chwilę serce jej zamarło. Wydawało jej się, że wszystko się skończyło, zanim się w ogóle zaczęło.
Ale on kontynuował bez wahania:
— Od dziś pracujesz dla mnie. Pensja pięć tysięcy miesięcznie. A leczenie twojej matki będzie w pełni pokryte.
Wszyscy ogarnęła fala zdziwienia. Nikt nie wiedział, czy zareagować, czy milczeć.
Lilia często mrugała, nie mogąc w to uwierzyć.
— Ja… Nie rozumiem… dlaczego?
Eugeniusz odpowiedział po prostu:
— Bo zostałaś niesłusznie upokorzona. A to nie pozostaje bez konsekwencji.
Bogdan próbował interweniować, podnosząc głos:
— Nie możesz jej brać za pewnik! Ja…
Eugeniusz przerwał mu spojrzeniem.
— Już się tu nie liczysz. Mylisz władzę z arogancją.
Słowa padły ciężko, a Bogdan zaniemówił.
Eugeniusz podał Lili ręcznik.
— Gotowe. Chodźmy.
Wzięła ręcznik, wciąż nie rozumiejąc, czy to wszystko było prawdą, czy tylko szokiem, który minie.
Kiedy weszli do windy, cisza między nimi nie była przytłaczająca, lecz dziwnie kojąca. Po raz pierwszy od dawna Lilia nie czuła już, że musi się bronić przed każdą sekundą.
— Dlaczego mi pomogłeś? — zapytała cicho.
Eugen spojrzał przed siebie na chwilę, po czym bez wahania odpowiedział:
— Bo kiedyś byłem dokładnie tam, gdzie ty. I ktoś miał odwagę, żeby mnie stamtąd wyciągnąć.
Drzwi windy powoli się otworzyły, odsłaniając przed sobą zupełnie nieznaną ścieżkę.
Lilia zrobiła krok naprzód, nie wiedząc, dokąd idzie, ale z nową pewnością w sercu: nie była już sama na świecie.