Podniosłem Lili bez słowa.
Była lekka. Zbyt lekka.
Jakby powoli, z czasem wyciśnięto z niej całe życie.
„Postaw ją” – powiedział Radu zirytowanym tonem. „Tylko dramatyzujesz”.
Reklamy
Nie spojrzałem na niego.
Nie miałem nic więcej do powiedzenia.
Wyszedłem z domu, robiąc długie kroki, trzymając ją blisko piersi. W tle wciąż grała muzyka, dzieci wciąż się śmiały.
To było tak, jakbyśmy żyli w dwóch różnych światach.
Posadziłem ją na tylnym siedzeniu i odpaliłem samochód.
„Tato…” – wyszeptała słabo.
„Nie gadaj. Zaraz będziemy”.
Pojechałem prosto do szpitala.
Do nikogo nie dzwoniłem.
Na razie.
Po tym, jak lekarze zabrali ją na nosze i wnieśli do środka, usiadłem na krześle i stałem nieruchomo przez kilka minut.
Potem wyjąłem telefon.
Nie byłem już cichym emerytem ze wsi.
Nie byłem już mężczyzną, który przełyka ślinę i milczy.
Wybrałem numer, pod który nie dzwoniłem od lat.
„Jestem Andrei Popescu” – powiedziałem spokojnie. „Potrzebuję cię. Natychmiast”.
Głos po drugiej stronie słuchawki natychmiast się zmienił.
„Rozumiem. Gdzie?”
W niecałą godzinę komisariat policji był już pod willą Radu.
Sąsiedzi, którzy wcześniej szukali kolorowych jajek, teraz w milczeniu obserwowali, jak samochody z migającymi światłami zatrzymywały się jeden po drugim.
Radu już się nie uśmiechał.
Eleonora nie była już spokojna.
„To nieporozumienie!” krzyknęła.
Ale to nie miało znaczenia.
Lekarz wyszedł po chwili.
„Ona przeżyje” – powiedział mi.
Tylko tyle potrzebowałem usłyszeć.
Zamknąłem oczy i po raz pierwszy tego dnia wziąłem głęboki oddech.
Tego wieczoru wezwała mnie policja.
„Mamy wystarczająco dużo dowodów” – powiedzieli mi. „To nie pierwszy raz”.
Skinąłem głową.
Wiedziałem.
Lili po prostu nie miała odwagi, żeby to powiedzieć.
Do dziś.
Kiedy wyszedłem ze stacji, niebo było już ciemne.
Wsiadłem do samochodu i stałem tam przez kilka sekund z rękami na kierownicy.
Nie czułem gniewu.
Nie czułem chaosu z poprzedniego dnia.
Tylko ciężką ciszę.
I obietnicę.
Że nikt jej już nigdy nie tknie.
Że bez względu na to, ile to będzie kosztować… w pieniądzach czy czasie… on zapłaci za każdą sekundę.
A ja…
nie byłem już tym wyrozumiałym człowiekiem.