…i Suzana poczuła, jak zimne poranne powietrze zamiera jej w piersi.
Staruszka gestem nakazała jej podejść bliżej, zasłaniając usta dłonią, jakby ktoś mógł je odczytać z daleka.
— Moja droga… to, co ci wczoraj mówiłam, nie było szalone. Wczoraj w nocy… ktoś cię szukał.
Suzana poczuła, jak miękną jej kolana.
Reklamy
— Kogo? Dlaczego? Nie mam żadnych wrogów… wyszeptała.
Staruszka pokręciła głową, a milczenie sprawiło, że wszystko stało się jeszcze bardziej przerażające.
— Mężczyzna. Długo stał w pobliżu twojego bloku. Patrzył tylko na twoje okna. Znam go z chodu… Widziałam go już wcześniej. Krąży po okolicy, pyta, kogo tylko może, o samotne kobiety. Kiedyś widziałam, jak beształ dziewczynę na klatce schodowej bloku… od tamtej pory się nie pojawił.
Suzana poczuła, jak zasycha jej w ustach.
Staruszka kontynuowała cicho:
— Kiedy zobaczyłam go zbliżającego się do twojego budynku, wiedziałam, że muszę ci powiedzieć. Boże, wybacz mi, ale bardziej bałam się o ciebie niż o siebie.
Suzana z trudem przełknęła ślinę.
Myśl prześladowała ją: rozwód… były mąż… czy to mógł być on?
Ale nie, on wyjechał z kraju. Wiedziała to na pewno.
— I… co mam teraz zrobić? Nie mogę wiecznie mieszkać w hostelu — mruknęła.
Staruszka powoli uniosła drżącą dłoń i dotknęła jego ramienia.
— Nie jesteś sama, moja droga. Kiedy masz kłopoty, dobrzy ludzie się odnajdują.
Jej słowa brzmiały jak pocieszenie. Po raz pierwszy od dawna Suzana poczuła, że ktoś się o nią troszczy, nie prosząc o nic w zamian.
Po odejściu od staruszki Suzana szła bez żadnego kierunku. Bukareszt wciąż się budził: kioski podnosiły okiennice, z rogu ulicy dobiegał zapach ciepłych precli, a w oddali dudniły trolejbusy.
Ale nic nie widziała. Miała mętlik w głowie.
Zdeterminowana, zatrzymała się przed pobliskim komisariatem policji. Zawahała się przez kilka sekund, po czym weszła do środka.
Rozmawiała z młodym policjantem, który słuchał jej uważnie, nie poganiając. Opowiedziała mu wszystko: o rozwodzie, pracy, staruszce, mężczyźnie z bloku.
„Sprawdźmy kamery w okolicy” – powiedział spokojnie. „Nie jesteś pierwszą osobą, która mówi o podejrzanym osobniku”.
W tym momencie Suzana po raz pierwszy poczuła promyk bezpieczeństwa.
Tego wieczoru zadzwonił do niej policjant.
— Proszę pani, powinna pani wstąpić na komisariat.
Jego ton nie był alarmistyczny, ale też nie spokojny. Suzana poczuła ucisk w żołądku.
Kiedy przyjechała, pokazali jej nagranie.
Wysoki, zakapturzony mężczyzna wielokrotnie przechodził przed jej budynkiem. Zatrzymywał się, patrzył w okna, a potem chował się za rogiem za każdym razem, gdy ktoś przechodził.
— Widziałam go też w innej dzielnicy. Szukał kogoś konkretnego — powiedziała jej policjantka.
Suzana zakryła usta dłonią.
Był o krok… o krok… od tego, by być tam, w noc, gdy ją śledził.
— Będziemy patrolować okolicę przez kilka następnych dni. Ale radzę, żebyś nie spała tam przez jakiś czas — dodał policjant.
Suzana skinęła głową.
Poczuła, jak strach zaczyna topnieć, a w jego miejsce pojawia się nowa, silna determinacja.
Nie była już kobietą, która bała się zaczynać od nowa.
Była kobietą, która przetrwała rozwód, trudną pracę, a teraz niewidzialne zagrożenie.
Następnego dnia wróciła do staruszki.
Uklękła obok niej i uścisnęła jej dłoń.
— Uratowałaś mi życie — powiedziała drżącym głosem.
Staruszka uśmiechnęła się, a jej oczy lekko wilgotniały.
— Nie mnie, moja droga… Bóg zsyła ludzi na siebie. Właśnie powiedziałam ci, co czułam.
Suzana wyjęła z kieszeni 100 lejów i wrzuciła je do kubka.
Staruszka pokręciła głową:
— Nie dla pieniędzy, dziecko…
— Wiem — odpowiedziała Suzana. — Dlatego zasługujesz na więcej.
Odeszła z lekkim sercem, czując, że świat, bez względu na to, jak trudny jest, wciąż ma miejsce dla ludzi, którzy cię ostrzegają, chronią i oświecają, gdy nie widzisz drogi.
I tego dnia, po raz pierwszy od dawna, Suzana poczuła, że nie idzie już przez życie sama.