— Takie małe dzieci mogą bardzo szybko wpaść w szok, jeśli nie zostaną odpowiednio rozgrzane po kąpieli — powiedział spokojnie lekarz. Zwłaszcza jeśli temperatura ciała nagle spadnie.
Marcu często mrugał.
— Nie rozumiem…
— Nie wystarczyło go tylko wycierać. Trzeba było go stale ogrzewać, sprawdzać… przez kogoś, kto dokładnie wiedział, co robi.
Marcu poczuł ucisk w żołądku.
W jego umyśle pojawił się obraz Eleny.
Ciepła woda.
Opieka.
Sposób, w jaki go trzymała.
— Ale… był w ciepłej wodzie…
— To nie wystarczy — powiedział lekarz. Po kąpieli najważniejszy jest moment.
Zapadła między nimi ciężka cisza.
— Kto go umył? — zapytał lekarz.
Marcu z trudem przełknął ślinę.
— Pracownica.
— Czy ma doświadczenie?
Pytanie uderzyło go wprost.
Nie wiedział.
Nie zapytał.
Nie był zainteresowany.
Dla niego była po prostu „pokojówką”.
To wszystko.
Marcu przeczesał włosy dłonią.
— Powiedział, że wszystko sprawdził…
Lekarz przyjrzał mu się uważnie.
— Więc prawdopodobnie uratował mu życie, zanim do niego dotrzesz.
Słowa zapadły mu w pamięć.
Jak kamienie.
— Co masz na myśli?
— Dziecko nie wjechało prosto na znak stopu. Przez jakiś czas było stabilne. Ktoś wcześniej porządnie się nim zajął.
Marcu poczuł, jak grunt usuwa mu się spod stóp.
Elena.
Przypomniał sobie, jak go starannie owinęła.
Jak z nim rozmawiała.
Jak go uspokajała.
A potem…
jak ją wyrzucił.
Zamknął oczy.
Po raz pierwszy nie był już zły.
Był… winny.
— Gdzie ona jest? — zapytał nagle.
Nikt nie wiedział.
Wyszła.
Po cichu.
Jakby to nie miało znaczenia.
Marcu natychmiast wstał.
— Będę blisko — powiedział lekarz. Ale… jeśli ją znajdziecie, lepiej mu podziękujcie.
Marcu nic więcej nie powiedział.
Wyszedł ze szpitala prosto w noc.
Wsiadł do samochodu i pojechał do willi.
Wypytywał wszystkich.
— Gdzie jest Elena?
Nikt nie wiedział dokładnie.
Tylko kucharz powiedział cicho:
— Chyba mieszka gdzieś na obrzeżach… w kawalerce… opiekuje się też chorą matką…
Marcu natychmiast ruszył w drogę.
Szukał godzinami.
Ulica po ulicy.
Kwadrat po bloku.
Aż w końcu ją znalazł.
Stare schody.
Małe światło.
Zapukał do drzwi.
Kilka sekund.
Wtedy się otworzyły.
Elena.
Z tym samym spokojnym spojrzeniem.
Zaskoczona.
— Proszę pana?
Marcu nie był już mężczyzną z willi.
Nie był już zimny.
Nie panował już nad sytuacją.
— David ma się dobrze… — powiedziała szybko. On żyje.
Jej oczy natychmiast się rozbłysły.
— Dzięki Bogu…
Potem zamilkła.
Nie wiedząc, dlaczego tam jest.
Marcu z trudem przełknął ślinę.
— Ja… myliłam się.
Słowa wyszły z trudem.
— Zaopiekowałaś się nim. Ja… nie.
Elena milczała.
— Osądzałam cię, nie słuchając cię. I… miałam przez to stracić dziecko.
Głos mu się załamał.
— Proszę… odwróć się.
Elena spuściła wzrok.
— Nie dla mnie, powiedział. Dla niego.
Cicho.
Potem spojrzała w górę.
— Dla niego… tak.
Marcu na chwilę zamknął oczy.
Po raz pierwszy od dawna…
poczuł, że to nie kontrola go ratuje.
To ludzie.