A jednak, idąc marmurowym chodnikiem, nikt się z niej nie śmiał. Nikt nie wskazywał na nią palcem. Nikt nie szeptał z pogardą.
Strażnicy przy bramie powitali ją z szacunkiem, a pokojówka, która ją powitała, uśmiechnęła się ciepło, jakby obecność Soriny nie była zrządzeniem losu, lecz czymś naturalnym.
To zszokowało ją bardziej niż jakakolwiek zniewaga, jakiej kiedykolwiek doświadczyła.
Zaprowadzono ją do ogromnej sali z wysokimi oknami i ciężkimi, czerwonymi, aksamitnymi zasłonami. Na ścianach wisiały stare obrazy z postaciami szlachciców, którzy zdawali się uważnie jej przyglądać. Sorina co chwila naciągała suknię na ramiona, starając się nie wyglądać na jeszcze mniejszą, niż była.
Kiedy drzwi na końcu się otworzyły, serce zabiło jej mocniej.
Bojar Ionuț Mansur nie wyglądał tak, jak sobie wyobrażała. Nie był starszym, zmarszczonym mężczyzną, lecz wysokim młodzieńcem o ciepłych, ciemnych oczach, którego obecność wypełniała pomieszczenie, nie musząc mówić ani słowa.
„Musisz być… Sorina, prawda?” zapytał zaskakująco łagodnym głosem.
Skinęła głową, niezdolna wydobyć z siebie innego dźwięku. Spodziewała się sarkazmu, obrzydzenia, ostrych spojrzeń. Ale nie tego. Nie czułości.
„Proszę, usiądź” – powiedział, eleganckim gestem wskazując fotel obok siebie.
Sorina usiadła ostrożnie, starając się nie wyglądać na zażenowaną. Jej ręce lekko drżały.
„Miałaś męczącą podróż?” – zapytał.
„Było… dobrze” – zdołała wymamrotać.
Bojar spojrzał na nią, jakby próbował odczytać jej duszę. Nie z osądem, ale ze szczerym zainteresowaniem. Jakby dostrzegł w niej coś, czego nikt inny nie widział.
— Sorina, chcę być z tobą szczery – powiedział, wstając i podchodząc do niej. Nasze rodziny są… skomplikowane. Zainteresowania, presja, obowiązki moralne… Rozumiem. Ale nie szukam żony tylko dla pozorów. Szukam prawdziwego mężczyzny.
Podniosła wzrok, zaskoczona. Nie była przyzwyczajona do patrzenia jej w oczy. A tym bardziej przez mężczyznę takiego jak on.
— Wszyscy odgrywają wokół mnie role — kontynuował. — Nie wyglądasz na osobę, która lubi teatr.
Sorina poczuła, jak coś ciepłego wzbiera w jej piersi. Uczucie, które dawno temu utraciła: nadzieję.
Rozmawiali przez godzinę. O książkach, o Sybinie, o dzieciństwie wśród mieszkańców doliny Hârtibaci. Sorina nigdy nie czuła się tak wysłuchana.
W końcu Ionuț powiedział jej coś nieoczekiwanego:
— Chciałbym cię znowu zobaczyć. Nie z obowiązku. Z wyboru.
Te słowa uderzyły ją tak mocno, że prawie zapomniała oddychać.
W kolejnych tygodniach Sorina przebywała w pałacu. Nie jako zawstydzona gość, ale jako kobieta odkrywająca swoją wartość. Zaczęła nosić proste, ale czyste i stosowne ubrania. Zaczęła się częściej uśmiechać. I po raz pierwszy patrzeć w lustro, nie oglądając się za siebie.
Ionuț zapraszał ją codziennie na spacery po ogrodzie. Rozmawiali godzinami. Śmiali się. Czasami milczeli, ale panowała cisza, która leczyła.
A potem, pewnego ciepłego popołudnia, w złotym świetle zachodzącego słońca, nagle zatrzymał się i wziął ją za rękę.
— Sorina… wiesz, co widzę, kiedy na ciebie patrzę?
Pokręciła głową, gotowa na wszystko, tylko nie na prawdę.
— Widzę odważną kobietę. Dobrą kobietę. Piękną kobietę, na swój własny, niepowtarzalny sposób. I… widzę swoją przyszłość z tobą.
Sorina poczuła, jak całe powietrze na świecie znika na chwilę. Żadna zniewaga, żadne upokorzenie, żaden okrutny śmiech nie miały już nad nią władzy.
Bo tam, w pałacowym ogrodzie, mężczyzna, który naprawdę ją widział, wypowiadał jej najważniejsze zdanie w jej życiu:
— Wybieram cię.
I po raz pierwszy Sorina zrozumiała, że los nigdy nie był przeciwko niej. Po prostu czekał na moment, w którym odkryje swoje własne światło.
I tak zrobiła. W miejscu, w którym nikt nie sądził, że jest jej miejsce.
W sercu mężczyzny nie została posłana, by podbijać, lecz by znieważać.
A on odpowiedział miłością.