— Doru… przyprowadziłeś ją? — zapytała kobieta ochrypłym głosem.
Mariana zamarła. „Przyprowadziłeś ją”? Kogo? O kim mówiła?
Poczuła zimny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Wstrzymała oddech, starając się nie zaskrzypieć podłogi.
— Jeszcze nie, mamo — odpowiedział szeptem. — Ale nadejdzie czas.
Mariana poczuła, jak miękną jej kolana. Chciała się cofnąć, ale coś ją trzymało, jak niewidzialna siła.
— Nie mogę dłużej czekać, Doru… to musi się wkrótce stać — powiedziała kobieta. — Wiem, mamo. Ale to musi być ta właściwa noc.
Mariana zakryła usta dłonią, żeby nie krzyczeć. W jej głowie myśli kłębiły się w głowie: Której nocy? Co miało się stać?
Nagle rozległ się dźwięk otwieranej szuflady. Metalowy brzęk. Potem łagodny głos Doru: — Obiecuję, mamo. Dla ciebie.
Mariana cofnęła się o krok, ale podłoga zaskrzypiała. Cisza. Potem kroki.
Drzwi nagle się otworzyły i stanął w nich Doru ze świecą w dłoni. Jego oczy, niegdyś ciepłe, były teraz puste i zimne.
— Co ty tu robisz, Mariano?
Nie mogła odpowiedzieć. Obserwowała go, drżąc. Za nim, ciocia Teresa siedziała na łóżku, z zagubionym, niemal chorym wyrazem twarzy.
— Ja… Słyszałam… Myślałam, że jesteś chory, wyjąkała.
Doru podszedł, płomień świecy tańczył mu na twarzy. — Mówiłem ci, żebyś tu więcej nie przychodziła. Mama musi być chroniona.
— Przez kogo chroniona, Doru? O mnie?
Po raz pierwszy zamilkł. Jego spojrzenie się zmieniło, a Mariana poczuła, że za tym spokojem kryje się dawny ból.
— Mama źle się czuje, powiedział w końcu. W nocy ma halucynacje. Myśli, że ojciec wciąż żyje… i że ja ją odwiedzam w jego imieniu, żeby nie czuła się samotna.
Mariana spojrzała na niego z niedowierzaniem. — A ty… śpisz tu od trzech lat, tylko po to, żeby jej pomóc zapomnieć?
Doru skinął głową, ale jego oczy napełniły się łzami. — Gdybym wiedział, że tak bardzo cię ranię, zrobiłbym inaczej…
W tym momencie ciocia Teresa zaczęła cicho płakać, szepcząc imię męża. Mariana podeszła i wzięła go za rękę.
— Pani Tereso… już go nie ma. Ale ma pani dobrego syna, który kochał panią bardziej niż siebie samego.
Kobieta zamrugała, wpatrując się w przestrzeń. Łzy spływały jej po policzkach. — Znam go… Znam go, wyszeptała i zasnęła ze smutnym uśmiechem.
Doru zgasił świecę, a pokój pogrążył się w ciemności.
Tej nocy Mariana nie czuła już zazdrości. Tylko współczucie. W końcu zrozumiała, że miłości nie mierzy się wspólnie spędzonymi nocami, lecz cichymi poświęceniami z miłości.
Następnego dnia przeniosła łóżko ciotki Teresy do pokoju obok kuchni, żeby zawsze móc je widzieć. I każdego wieczoru, siadając obok Doru, czuła, że znów jest jej – bardziej szczery, bliższy, bardziej prawdziwy.
Ich małżeństwo nie było już idealne. Ale było prawdziwe. A czasem rzeczywistość jest piękniejsza niż jakikolwiek sen.