Mariana wzięła głęboki oddech i ze spokojem, który kontrastował z hałasem panującym w pomieszczeniu, zaczęła mówić.
Najpierw po francusku, potem po włosku, a potem po niemiecku. Jej słowa płynęły z naturalnością, która zastygała w bezruchu. Kontynuowała po arabsku, rosyjsku, portugalsku, angielsku, a nawet po łacinie, wypowiadając każde zdanie z nieskazitelną jasnością.
Zapadła ciężka cisza. Nawet ci, którzy wcześniej się śmiali, spuścili wzrok, zawstydzeni.
Sędzia, który do tej pory patrzył na nią z góry, zmienił wyraz twarzy. Nie był już pewien swojej ironii. Przed nim stało nie dziecko, które się przechwalało, ale geniusz języków, błyskotliwy umysł, któremu ani on, ani prokuratorzy nie mogli zaprzeczyć.
Matka Mariany wybuchnęła płaczem, unosząc dłonie do ust. To było jak światło zapalone w ciemnym tunelu. Zobaczyła, jak jej dziecko po raz pierwszy otrzymuje należny mu szacunek.
Z sali dobiegł nowy szmer, tym razem zdumienia, a nie kpiny. Niektórzy przysięgli wymienili spojrzenia, zdając sobie sprawę, że oskarżenia upadają w obliczu dowodów.
Mariana zatrzymała się i prostym, lecz stanowczym głosem powiedziała: — Nie jestem przestępczynią. Jestem dziewczyną, która pracowała, czytała, uczyła się sama, pożyczała książki z biblioteki i miała nieprzespane noce. Moją jedyną winą jest to, że pochodzę z biednej rodziny.
Jej słowa uderzyły w salę mocniej niż błagania jakiegokolwiek adwokata.
Sędzia milczał. Przetarł dłonią czoło, jakby chciał otrzeć wstyd, który go przytłoczył. Po raz pierwszy spojrzał poza akta, poza oskarżenia i zobaczył przed sobą nie oskarżoną, ale młodą kobietę z niezwykłym darem.
W Rumunii mawia się: „Kto ma książkę, ten dostaje rolę”. I jakby ta prawda rozbrzmiewała teraz w umysłach wszystkich obecnych.
Prokurator, zaczerwieniony, próbował coś jeszcze powiedzieć, ale przysięgli wydawali się już zdeterminowani. Nikt nie mógł podważyć inteligencji i szczerości Mariany.
Werdykt zapadł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał: uniewinnienie.
Matka przytuliła ją, płacząc i szlochając, a Mariana, po raz pierwszy po miesiącach męki, poczuła, jak pękają łańcuchy niesprawiedliwości.
Publiczność wybuchnęła brawami, a starszy mężczyzna z ostatnich rzędów mruknął wzruszony: – Tak rodzi się nadzieja.
A Mariana, ze łzami w oczach, uniosła czoło i uśmiechnęła się po raz pierwszy, niczym kwiat, który odradza się po burzy.
Ten dzień nie był tylko osobistym zwycięstwem. Był lekcją dla wszystkich: że prawda, jakkolwiek trudna, zawsze jaśnieje jaśniej niż kłamstwo.
I że tak jak w rumuńskich opowieściach, w których mali i prześladowani odnoszą zwycięstwo, Mariana, prosta i niespokojna dziewczyna, napisała własną balladę o sprawiedliwości.