Kiedy młody lekarz poznał prawdę, zrozumiał, że choroba nie była największym wrogiem kobiety…
Tamara miała zaledwie trzydzieści siedem lat.
Zaledwie kilka miesięcy wcześniej prowadziła jedną z najlepiej prosperujących firm w mieście, a każdy poranek zaczynał się od wypitej w pośpiechu kawy i długiej listy spotkań.
Teraz z trudem otwierała oczy w prywatnym gabinecie.
Monitory cicho piszczały.
Wlewy płynęły bez przerwy.
A każdy oddech wydawał się walką.
Za oknem lekarze szeptali.
— Jeśli zainterweniujemy teraz, wciąż mamy szansę — powiedział stanowczo dr Constantin, najmłodszy chirurg w zespole.
Profesor Ionescu zdjął okulary i westchnął.
— Operacja jest niezwykle ryzykowna.
— Ale bez niej umrze.
W tym momencie drzwi gabinetu się otworzyły.
Wszedł mąż Tamary.
Doru.
Elegancki.
Drogi garnitur.
Zegarek wart tyle, co samochód.
I wyraz twarzy tak smutny, że każdy mógłby go uznać za oddanego męża.
Powoli usiadł na krześle i przetarł twarz dłonią.
— Lekarze… proszę przestać ją torturować.
Constantin spojrzał na niego ze zdumieniem.
— Co masz na myśli?
— Skoro szanse są tak małe… może lepiej pozwolić jej odejść w spokoju.
Lekarz oniemiał.
— Mówi pan o swojej żonie!
— Właśnie dlatego.
Nie chcę, żeby niepotrzebnie cierpiała.
Profesor Ionescu próbował wyjaśnić to ponownie.
— Nadal istnieje taka możliwość…
Doru stanowczo pokręciła głową.
— Nie.
Odmawiam jakiejkolwiek interwencji.
Akceptuję tę decyzję.
Natychmiast poprosił o formularz.
Czytał go tylko przez kilka sekund.
Potem podpisał.
Jeden podpis.
Tylko to dzieliło lekarzy od ostatniej próby ratowania życia Tamary.
Constantin wybiegł z gabinetu.
Nie mógł pogodzić się z tym, co się właśnie stało.
Przez wszystkie lata pracy w szpitalu widział ludzi desperacko pragnących ratować swoich bliskich.
Ale nigdy nie widział męża tak zdeterminowanego, by się poddać.
Kilka godzin później Doru opuścił klinikę.
Nie do domu.
Nie do kościoła.
I nie do biura firmy.
Jego samochód zatrzymał się na cmentarzu na obrzeżach miasta.
Administrator, mężczyzna po sześćdziesiątce o imieniu Marian, uprzejmie go powitał.
— Jak mogę pomóc?
— Chcę wybrać miejsce na śmierć.
— Za kogo?
— Za moją żonę.
Marian podniósł wzrok.
— Przykro mi z twojego powodu.
Kiedy nastąpił zgon?
Doru odpowiedział tak spokojnie, że staruszek poczuł zimny dreszcz.
— Jeszcze nie umarł.
Ale lekarze mówią, że nie ma dużo czasu.
Lepiej załatwię teraz wszystkie formalności.
Administrator na chwilę oniemiał.
Doru jednak szedł uliczkami, jakby wybierał działkę pod dom wakacyjny.
— Nie tutaj.
Za wilgotno.
Tam nie za bardzo.
Chcę ładnego miejsca.
Wysoko.
Z widokiem na miasto.
W końcu się zatrzymał.
— Tak.
To miejsce jest idealne.
Zapłacił bez negocjacji.
Podpisał dokumenty.
Wsiadł do samochodu i odjechał.
Marian nadal wpatrywał się w akta.
Coś go dręczyło.
Ponownie otworzył dokumenty.
Przeczytał nazwisko kobiety.
Tamara Ionescu.
Zamarł.
Doskonale pamiętał to nazwisko.
Ponad dwadzieścia lat temu była jego nauczycielką.
Najlepsza uczennica w klasie.
Dziewczyna, która zostawała po lekcjach, żeby pomagać słabszym kolegom.
Nie mógł uwierzyć, że mężczyzna, który już wybrał jej grób, mówi o jej śmierci z taką obojętnością.
Tego samego wieczoru Doru wrócił już do domu.
I nie był sam.
W salonie czekała na niego młoda, elegancka kobieta, która natychmiast wstała i go przytuliła.
— Czy wszystko idzie zgodnie z planem? — zapytała go z uśmiechem.
Doru nalał sobie szklankę whisky i uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia.
— Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… za kilka dni będę wolnym człowiekiem.
Właśnie wtedy zadzwonił jego telefon.
Na ekranie pojawiła się nazwa kliniki.
Odebrał zirytowany.
Po kilku sekundach uśmiech całkowicie zniknął z jego twarzy…