Mihai spuścił wzrok.
Sebastian trochę zwlekał z odpowiedzią.
—Byliśmy wieloma rzeczami.
Lucia uważnie mu się przyglądała.
—Ale nas tam nie zostawiłeś.
Sebastian czuł, że to zdanie ciąży mu bardziej niż jakikolwiek obowiązek.
Telefon wibrował w jego kurtce.
Nadeszła pierwsza wiadomość.
Imię: Matei i Lucia Marinescu.
Ojciec: Toma Marinescu.
Zginął jedenaście tygodni temu w wypadku na placu budowy.
Macocha: Ramona Olteanu.
Pasażer samolotu do Madrytu.
Sebastian przeczytał imię swojego ojca i jego świat na chwilę się zatrzymał.
Toma Marinescu.
Nie był obcy.
Siedem lat temu, na autostradzie do Sybinu, Sebastian wpadł w zasadzkę.
Samochód stanął w płomieniach.
Drzwi się zacięły.
Jego ludzie zginęli wokół niego.
A gdy płomienie już zabierały mu powietrze, młody mechanik wybił szybę, wszedł w płomienie i wyciągnął go.
Tym mechanikiem był Toma Marinescu.
Sebastian oferował mu pieniądze.
Dużo pieniędzy.
Toma odmówił.
Powiedział tylko:
—Jeśli chcesz się kiedyś odwdzięczyć, zrób coś dobrego dla kogoś.
Sebastian nigdy nie zapomniał tego zwrotu.
A teraz dzieci tego mężczyzny spały przed nim, porzucone jak bezpański bagaż.
Zacisnął dłoń na telefonie, aż palce mu zsiniały.
—Mihai.
—Tak, szefie.
—Zabierz mój bagaż z samolotu.
—Czy odwołujemy lot?
Sebastian spojrzał na bliźniaków.
—Nigdzie się nie wybieram.
W tym momencie przyszła kolejna wiadomość.
Tym razem było to zdjęcie.
Toma Marinescu na placu budowy.
Żółty kask.
Pomarańczowa kamizelka.
Uśmiechał się, trzymając dzieci na rękach.
Pod zdjęciem była notatka od śledczego:
„Szefie, w sprawie wypadku ojca są nieścisłości. A macocha właśnie sprzedała dom dziecka dziś rano”.
Sebastian powoli podniósł wzrok.
Lucia patrzyła na niego.
—Znałeś ojca?
Sebastian nie mógł kłamać.
—Tak.
Matei otworzył oczy, wciąż śpiący.
—Czy czuł się dobrze?
Sebastian poczuł ucisk w gardle.
—Lepiej niż u większości ludzi.
Lucia spojrzała na pluszowego misia.
Potem małymi paluszkami rozwiązała szew na brzuszku zabawki.
Sebastian pozostał nieruchomy.
Dziewczynka wyjęła pendrive’a owiniętego w folię.
—Tata powiedział, że jeśli zostawi nas samych, powinniśmy oddać go mężczyźnie z blizną na dłoni.
Sebastian spojrzał na swoją dłoń.
Blizna po pożarze przecinała mu stawy.
Mihai prawie zapomniał oddychać.
Sebastian ostrożnie wziął patyk.
—Co tu jest, Lucia?
Dziewczynka uścisnęła dłoń brata.
—Prawda o śmierci taty.
Zanim Sebastian zdążył odpowiedzieć, zadzwonił telefon Mihaia.
Słuchał przez trzy sekundy.
Potem zbladł.
—Szefie… Ramona nie wsiadła do samolotu do Madrytu.
Sebastian natychmiast wstał.
—Gdzie ona jest?
Mihai spojrzał na bliźniaków, a potem odezwał się ciszej.
—Przy wyjściu wewnętrznym. I dwóch uzbrojonych mężczyzn.
Prywatny salon nagle stał się za mały.
Matei instynktownie przytulił się do siostry. Lucia nic nie powiedziała, ale Sebastian zobaczył, jak jej palce zaciskają się na brzegu bluzy.
Dzieci już zrozumiały, że coś jest nie tak.
Mihai sięgnął po słuchawki.
— Są blisko Terminalu B. Nasi ludzie ich śledzą.
Sebastian spojrzał na pendrive w swojej dłoni.
Toma wiedział.
Na długo przed śmiercią.
Wiedział, że coś może mu się stać. Wiedział, że ta kobieta jest zdolna porzucić swoje dzieci.
I wybrała jego.
Właśnie jego.
Sebastian schował pendrive do wewnętrznej kieszeni kurtki.
— Wyprowadź dzieci wyjściem służbowym.
— Szefie, jeśli ta kobieta ich szuka…
— Nie szuka ich, bo je kocha.
Jego głos był teraz zimny.
Niebezpiecznie zimny.
Lucia powoli wstała z kanapy.
— Czy nas widziała?
Sebastian pochylił się do jej poziomu.
— Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić.
Dziewczynka patrzyła na niego przez kilka sekund.
Jakby zastanawiała się, czy może zaufać mężczyźnie, który z pewnością skrywał wiele mrocznych tajemnic.
Potem powoli skinęła głową.
Mihai poprowadził ich bocznym korytarzem, z dala od zgiełku lotniska. Sebastian szedł za nimi, uważnie obserwując każde drzwi, każde odbicie w szybach.
Jej telefon znów zawibrował.
Krótka wiadomość.
„USB zawiera zdjęcia. Możliwe morderstwo”.
Zacisnęła szczękę.
Na podziemnym parkingu czekały na niego dwa czarne SUV-y.
Jeden z ochroniarzy szybko otworzył drzwi.
—Dom w Snagov? — zapytał Mihai.
—Nie. To pierwsze miejsce, które przeszukają.
Matei zatrzymał się obok samochodu.
—Czy zrobiliśmy coś złego?
Sebastian spojrzał na niego przez kilka sekund.
Dziecko miało ten sam wyraz twarzy co jego ojciec. To samo uparte milczenie.
—Nie. Nie zrobiłeś nic złego.
Matei zawahał się.
—To dlaczego wszyscy uciekają?
Pytanie utkwiło mu w piersi jak kamień.
Bo dorośli niszczyli wszystko, czego się dotknęli. Bo chciwi ludzie niszczyli rodziny. Bo dobry człowiek umarł, a jego dzieci bały się każdego kroku.
Ale nie można było tego wszystkiego powiedzieć pięciolatkowi.
—Czasami źli ludzie boją się, gdy prawda wychodzi na jaw — powiedział po prostu.
Lucia wsiadła pierwsza do samochodu.
Tym razem, nie zadając żadnych pytań.
Jechali prawie godzinę do odosobnionego domu niedaleko Cerni.