Ion stał nieruchomo przez chwilę, patrząc na miejsce, gdzie zniknęła Maria. Cisza gór nagle wydała mu się zbyt przytłaczająca.
— Maria! krzyknął.
Brak odpowiedzi.
Odłożył siekierę i ruszył w stronę jodeł, pospiesznym krokiem. Serce biło mu szybciej niż zwykle. Kiedy dotarł do ogrodzenia, nikogo tam nie było.
— Maria! tym razem głośniej.
Odpowiedział mu tylko wiatr, szeleszczący delikatnie w gałęziach.
Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.
Zaczął przeszukiwać podwórze, potem stodołę, a potem tył domu. Nic. Zupełnie jakby Maria weszła w ziemię.
Zaparło mu dech w piersiach.
Nie myśląc dłużej, zdjął karabin z gwoździa i ruszył w stronę lasu. W miękkim błocie wciąż widać było drobne ślady stóp, prowadzące w stronę zarośli.
— Boże, miej ją w swojej opiece… mruknął.
Przeszedł długą drogę. Zbyt długą. Ślady gubiły się, pojawiały ponownie, mieszając się z śladami innych zwierząt. Czas mijał, a światło zaczynało gasnąć.
Jego krzyki niosły się echem między drzewami, ale bez odpowiedzi.
W końcu dotarł do skalistego terenu, gdzie nie był od lat. Zobaczył tam inne ślady. Większe. Łapy.
Zamarł.
Wilk.
I wcale nie małe.
Ślady prowadziły do szczeliny w skałach.
Serce mu zamarło. Bez namysłu uniósł broń i powoli podszedł. Każdy krok był cięższy od poprzedniego.
„Jeśli tam jest…”
Dotarł do wejścia. Ciemność w środku wydawała się głęboka i zimna.
Wziął głęboki oddech i pochylił się.
To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach.
Maria siedziała tam, skulona… ale nie była sama.
Obok niej, kurczowo trzymając się jej małego ciała, była wilczyca.
Ale ona jej nie atakowała.
Ogrzewała ją.
Dziewczynka oparła głowę na futrze, a wilczyca stała nieruchomo, jakby jej pilnowała.
Ion poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod stóp.
Karabin wypadł mu z rąk.
Wilczyca spojrzała na niego. Jej oczy nie były przepełnione gniewem. Ani strachem.
Ale czymś, czego nigdy wcześniej nie widział.
Spokój.
Maria otworzyła oczy.
— Dziadku… Było mi zimno…
Ion upadł na kolana.
Wszystko, w co wierzył o świecie, o zwierzętach, o życiu… rozpadło się w proch.
Wilczyca wstała powoli, bez pośpiechu. Cofnęła się o krok, potem o kolejny. Nie warknęła. Nie groziła.
Po prostu… odchodziła.
Jakby wiedziała, że nie jest już potrzebna.
Ion podszedł, drżąc, i wziął wnuczkę w ramiona. Była zimna, ale żywa. Jego oczy były jasne.
Przytulił ją mocno, nic nie mówiąc.
Kiedy podniósł wzrok, wilczyca zniknęła już wśród skał.
Droga powrotna była długa, ale wydawała się łatwiejsza. Maria zasnęła w jego ramionach.
Kiedy wrócił do domu, postawił ją przy piecu, owinął szczelnie i został przy niej, obserwując płomienie.
Tej nocy już nie spał.
Rano, kiedy Maria otworzyła oczy, zastała go tam.
— Dziadku… ten wilk był dobry.
Ion uśmiechnął się powoli, jego oczy były wilgotne.
— Wiem, moja dziewczyno… Wiem.
Tego dnia wziął strzelbę, wyszedł na podwórko… i schował ją na strychu.
Na zawsze.
Bo po raz pierwszy w życiu nauczył się czegoś, czego nie nauczyły go ani góry, ani lata, ani polowania.
Nie wszystko, co wydaje się niebezpieczne, jest złe.
I nie wszystko co ludzkie… jest lepsze od zwierzęcia.