Radu powoli opadł na kolana na kurzną ziemię, nie dbając o swój drogi garnitur. Z głębi kieszeni wyciągnął nie plik banknotów, lecz stary, zużyty skórzany portfel. Wyjął z niego zniszczony, papierowy kwit depozytowy oraz kluczyki do samochodu i położył je na ziemi przed chłopcem.
— To cała moja firma i majątek, Tomku. Należą do twojej mamy. Ja przyjechałem tylko prosić o przebaczenie, bo jestem ciężko chory — powiedział cicho, a w jego oczach po raz pierwszy od lat pojawiły się prawdziwe łzy.
Walentyna zamarła. Zrozumiała, dlaczego wyglądał na tak wyniszczonego. Radu nie przybył kupić sobie spokoju, lecz oddać wszystko, co bez niej stworzył. Skłoniła się, podniosła kluczyki i oddała mu je z powagą.
— Zatrzymaj to — rzekła cicho. — Ale zostań na obiad. Musisz poznać swojego syna.