Camelia uśmiechnęła się lekko, ale w jej spojrzeniu było coś niepewnego, jakby wracała i odchodziła myślami.
Marian to zauważyła, ale nic nie powiedziała. Nie lubiła ciągnąć za sobą ludzi, zwłaszcza tych, których ledwo znała.
— Nie, nie mam dziś nic do roboty — odpowiedziała w końcu.
Czasami dobrze jest po prostu usiąść i patrzeć, jak ktoś inny daje życie rzeczom.
Marian uniósł brew, lekko rozbawiony.
— Jeśli naprawa płotu oznacza „dawanie życia”, to muszę przyznać, że nie myślałem tak poetycko.
Miruna zachichotała, a Camelia zaśmiała się cicho, ciepłym, dobrodusznym śmiechem.
Wiatr delikatnie poruszył żółtymi kwiatami w kącie ogrodu Camelii, a Miruna podeszła do płotu, by je podziwiać.
Camelia pochyliła się i podała mu jeden z mniejszych kwiatów, ostrożnie go zrywając.
— Proszę, dla ciebie.
— Dziękuję! Podleję, żeby nie zdechło – powiedziała Miruna z powagą, która rozbawiła oboje dorosłych.
Marian kontynuował pracę, ale jego wzrok wciąż wędrował w stronę sąsiada.
Nie wiedział o niej wiele, poza tym, że zawsze była ubrana prosto i schludnie i że nigdy nie widział, żeby z kimkolwiek rozmawiała.
Miła, ale odległa tajemnica.
— Jeśli potrzebujesz desek… Mam jeszcze kilka w szopie – powiedziała Camelia, przerywając ciszę.
— Dziękuję, ale myślę, że poradzę sobie z własnymi.
Nie lubię polegać na innych.
Camelia skinęła głową, rozumiejąc więcej, niż się wydawało.
— Wyobrażam sobie.
Wychowywanie dziecka samotnie… musi być trudne.
Marian na chwilę zamilkł.
Nie dlatego, że ten temat był dla niego bolesny – był przyzwyczajony do takiego życia – ale dlatego, że nikt wcześniej nie poruszał tego tematu z taką delikatnością.
— Trudno jest tylko wtedy, gdy za dużo myślę o przeszłości – powiedział.
Poza tym… Miruna jest moim światłem.
Zniosę dla niej wszystko.
Dziewczynka podała ojcu kwiatek.
— Patrz, tato! Jest żółta jak słońce!
Marian pogłaskała ją po czole.
— Piękna, zupełnie jak ty.
Camelia patrzyła na tę scenę z dziwnym, wręcz bolesnym wzruszeniem.
W jej oczach widać było coś, czego nigdy nikomu nie okazywała — pragnienie prostego, ciepłego życia, którego nigdy nie zaznała.
Miała pieniądze, miała domy, miała ziemię — była znana w całej gminie Oradea ze swojego biznesu — ale nie miała nikogo, kto by ją nazywał „mamusią”, ani nikogo, kto by na nią czekał w domu.
— Jeśli kiedykolwiek… będziesz czegoś potrzebować, możesz zapukać do moich drzwi — powiedziała w końcu.
I nie mówię tego jako sąsiadka, ale jako… człowiek.
Marian podniosła wzrok.
Camelia lekko się zarumieniła, jak nastolatka, która mówi coś zbyt bezpośrednio.
— Dziękuję — odpowiedział prosto, ale szczerze.
Nie jestem przyzwyczajony do otrzymywania pomocy.
Ale doceniam to.
Miruna ponownie podeszła do płotu, unosząc kwiat w stronę Camelii.
— Jesteś śliczna.
Daję ci promyk słońca.
Camelia dotknęła płatków drżącym palcem.
— Dziękuję, kochanie.
Nie wiem, czy na to zasługuję, ale dziękuję.
Marian poczuła coś niewytłumaczalnego unoszącego się w powietrzu.
To nie była miłość — to było za wcześnie.
To nie było też zwykłe współczucie.
Zapadła cisza, która ich połączyła, jakby płot nie był już granicą, a mostem.
— Hej, chcesz zostać na kawę? — zapytała Camelia, niemal nie zdając sobie sprawy, co mówi.
Mam dobrą kawę z małej palarni w centrum.
Marian spojrzał na na wpół przykręconą deskę.
Na młotek.
Na dziecko.
Na kobietę, która po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego z całego serca.
— Jeśli zrobimy to na naszym podwórku, to świetnie — odpowiedział.
Bo Miruna chce mi pokazać coś w domu.
Camelia się roześmiała.
— To ja wezmę kawę.
Miruna podskoczyła z radości i pobiegła w stronę domu.
Marian spojrzał na płot.
Jeszcze nie był skończony, ale coś w nim już czuło się kompletne.
I po raz pierwszy od dawna poczuł, że może i jego życie zostanie naprawione — deska po desce, osoba po osobie.
I w chwili, gdy Camelia przeszła przez furtkę, a córka podała mu żółty kwiat w kubku z wodą, Marian coś zrozumiał:
Czasami najpiękniejsze zmiany zaczynają się dokładnie tam, gdzie wydaje ci się, że masz do naprawy tylko płot.