Czwartego dnia Dumitru nie wytrzymał.
O wpół do trzeciej wyszedł z mieszkania i usiadł na ławce naprzeciwko żółtego domu. Trzymał telefon w ręku, ale nie wiedział, do kogo zadzwonić. Do policji? Do opieki społecznej? A może do kogoś z miasta, do kogoś, kto „wie”?
Kiedy zegar na placu wybił trzy razy, krzyk rozległ się ponownie. Krótszy. Słaby. Jakby nie miał już sił.
Dumitru gwałtownie wstał i przeszedł przez ulicę. Tym razem otworzył drzwi.
W środku pachniało wilgocią, zepsutym jedzeniem i strachem. Dziewczynka była tam, przyciśnięta do ściany, z rękami splecionymi wzdłuż ciała.
„Nie płacz” – powiedział cicho. „Jestem tutaj”.
Z sąsiedniego pokoju dobiegł jęk. Na łóżku leżała chuda kobieta, z twarzą ściągniętą, spaloną gorączką. Ciężko oddychała.
— Mamo… jest chora — wyszeptała dziewczynka. — Dam jej wody. I zaśpiewam jej.
Dumitru poczuł, jak coś pęka mu w piersi. Kobieta miała na stoliku nocnym zmiętą kartkę papieru. Papier z długiem. Drobne kwoty, napisane odręcznie. Niezapłacone leki. Zaległości.
Wyjął telefon i zadzwonił. Nie do władz. Na ratunek.
Wszystko potoczyło się szybko. Sąsiedzi zebrali się przy bramie. Karetka. Pielęgniarka, która długo na niego patrzyła i powiedziała:
— Dobrze zrobiłeś, wchodząc.
Dziewczynka, Ana, nie puściła jego ręki, nawet gdy jej matka była już w karetce.
— Dokąd jedziemy? — zapytała.
Dumitru pochylił się do jej poziomu.
— Tam, gdzie jest ciepło. Tam, gdzie jest światło. I gdzie nie jesteś sama.
W ciągu następnych tygodni Dumitru dowiedział się wszystkiego. Ojciec zniknął. Nieleczona choroba. Strach przed proszeniem o pomoc. Stary dom, który skrywał cichy koszmar.
Spłacił długi. Wyremontował dom. Ale, co najważniejsze, został.
Ana zaczęła się śmiać. Jej matka wyzdrowiała. Pewnego ranka Dumitru obudził się, czując zapach kawy i starą piosenkę, nuconą cicho.
Wtedy zrozumiał.
Serce nigdy nie było zamknięte. Po prostu czekało, aż ktoś zapuka do drzwi.